Plany zorganizowania kolejnej (bodajże trzeciej już), wycieczki do Słowackiego Raju w lipcu 2010 r. doczekały się realizacji. Przekonujące, socjotechniczne zabiegi naszych dziewczyn, które męczyły Michała o zorganizowanie takiej eskapady przyniosły oczekiwane przez wielu rezultaty i w czerwcu zapadła decyzja o trzydniowym wyjeździe na Słowacje. Zainteresowanie udziałem w wycieczce zgłosiło prawie trzydzieści osób. W sumie uzbierała się więc całkiem liczna ekipa.

1

Michał upatrzył nam wręcz komfortowe kwatery w gospodarstwie agroturystycznym w miejscowości Hrabusice, skąd mieliśmy praktycznie rzut beretem do Słowackiego Raju. Tradycyjnie po zamknięciu listy uczestników, organizator poprzydzielał wszystkim miejsca w samochodach i ogłosił 30 czerwca zbiórkę pod umówionym adresem (Hlavna 182/24 Hrabusice). Michał przydzielił mi miejsce w samochodzie Stefana. Miała z nami jechać także Ela, ale niestety z jakichś powodów w dniu wyjazdu zrezygnowała z wycieczki :(. Umówiłem się ze Stefanem przed budynkiem zajezdni PKS w Katowicach późnym popołudniem. Stefan był wtedy świeżym członkiem Proactivy i prawdę mówiąc nie kojarzyłem go zupełnie, ale na szczęście on rozpoznał mnie bez trudu.

Wyjechaliśmy z Katowic około 18 i trasą przez Zator, Nowy Targ i przejście graniczne na Łysej Polanie dotarliśmy około 22 na miejsce. Oczywiście na ostatnim odcinku trasy nie obyło się bez błądzenia i nawet GPS niewiele był w stanie nam pomóc. Do tego zupełnie chaotyczny sposób numeracji budynków w Hrabusicach opóźnił znalezienie docelowego adresu. Błądząc po niewielkim na szczęście mieście w końcu znaleźliśmy jednak nasz adres, a pod nim większość uczestników wycieczki. Nastąpiły tradycyjnie całusy, uściski i powitania ze „starymi wiarusami” i ceremonia przedstawiania się nowym uczestnikom. Na pogaduchach zaczekaliśmy na pozostałych uczestników wycieczki po czym każdy przytulił się do swojej poduchy.

4 5 6

Sobota 31 lipca powitała nas zachmurzonym niebem, ale prognozy jak i nastroje były jak najbardziej optymistyczne i jak się okazało uzasadnione. W pobliżu naszej kwatery znaleźliśmy także całkiem nieźle zaopatrzony spożywczy sklepik, gdzie każdy mógł zaopatrzyć się w świeży prowiant na śniadanie. Ja dopiero tam na miejscu kupiłem także mapkę Słowackiego Raju. Mapka była wprawdzie w lokalnej, słowackiej wersji językowej i niestety w papierze (laminowanych nie mieli), ale i tak lepsza taka niż żadna.

Im liczniejsza grupa tym trudniej zmobilizować uczestników do wyjścia, niemniej w okolicy dziewiątej rano wszyscy byli już na nogach a niektórzy nawet po śniadaniu :). Dzień wcześniej i w trakcie śniadania uzgodniliśmy kto/co chce robić i gdzie iść. Podzieliliśmy się zatem na trzy grupy i ja z najliczniejszą ruszyłem zaraz po śniadaniu na szlak.  Po kilometrowym marszu asfaltową drogą dotarliśmy do granic Parku gdzie pan w budce skasował od każdego uczestnika bodajże po 3 euro za wstęp.

7 8 9

Wybraliśmy zgodnie najpopularniejszy w tym miejscu zielony szlak oznaczony na mapach terminem Sucha Bela. Wbrew nazwie Bela wcale nie była jednak sucha i bardzo dobrze bo dzięki temu pokonanie szlaku okazało się wyjątkowo ekstremalnym doświadczeniem.  Nocne opady deszczu sprawiły że potok, którego nurtem wiedzie zielony szlak stał się gwałtowny i porywisty. Na samym początku trasy łudziłem się że uda mi się pokonać cały odcinek szlaku w suchych butach. Teoretycznie ścieżka trasy, jeśli można ją tak nazwać, prowadzi turystę wzdłuż nurtu strumienia, ale po pierwsze turysta zmuszony jest co kilka metrów przechodzić z jednej strony strumienia na drugą, co przy silnie rwącej wodzie nie jest wcale proste nawet mimo kamieni i drewnianych kłód poukładanych w miejscach przechodzenia. Po drugie wspomniana ścieżka miejscami po prostu biegnie nurtem strumienia i nawet pomimo licznych na całej długości szlaku drewnianych i metalowych pomostów nie sposób tamtędy przejść suchym butem jeśli jest porywisty nurt.

10 11 12

Na początku trasy próbowałem oczywiście, podobnie jak większość, unikać kontaktu z wodą i przedzierać się, czasem wręcz desperacko, po oślizłych skalnych zboczach strumienia. Moje Trekkingowe buty mimo grubej skóry w końcu jednak nasiąkły wodą a im robiły się cięższe tym mniej zależało mi już na unikaniu wody. Poza tym trzymając w ręce aparat wolałem się nieco zmoczyć niż uszkodzić wrażliwy sprzęt. W sumie im dalej, tym szlak robił się coraz ciekawszy a wszystko za sprawą porywistego nurtu strumienia. Mijaliśmy na szlaku liczne kładki w miejscach szczególnie niebezpiecznych, wodospady i drabinki po których z zapałem i determinacją wspinaliśmy się w mokrym pyle i huku spadających tuż obok nas kaskad wody. Trasa zatem mocno ekstremalna szczególnie po obfitym deszczu.

13

Wszystko co piękne musi się jednak kiedyś skończyć, tak też i zielony szlak Suchej Beli. Im wyżej, tym robił się coraz suchszy aż w końcu woda zupełnie zniknęła gdzieś między kamieniami. Jedynie chlupanie w butach przypominało nam o przeżytych wrażeniach. Długość całego zielonego szlaku szacuję na jakieś półtora do 2 km, z czego po suchym gruncie szliśmy może ostatnie 500 m. Na szczycie polany gdzie krzyżują się liczne w tym miejscu szlaki zrobiliśmy półgodzinny postój na mały posiłek i wykręcanie skarpet, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w napotkanym schronisku na kolejny krótki posiłek. Ledwo jednak opuściliśmy przytulne schronisko, nadciągła burza z piorunami i przemoczyła nas do nitki.

14 15

Kilometr dalej zdecydowaliśmy znowu podzielić się na dwie grupy. Część poszła niebieskim szlakiem zaliczyć kolejne drabinki przełomu Hornatu a ja i kilku innych przemoczonych niedobitków zdecydowaliśmy się wracać możliwie najkrótszą drogą do Hrabusic. Zaraz po wyjściu z lasu mieliśmy przy tym okazję przechodzić obok romskiego „osiedla”.  Jakiś miejscowy „Robin Hood” w krótkich spodenkach próbował nawet wymusić na nas haracz za przejście brodem małego strumienia, który przecinał nam drogę w tamtym miejscu. Dziewczyny miały jakieś cukierki i zdołały go tym przekonać do ustępstw, choć widać było po jego minie że nie takiego haraczu oczekiwał.

Zaraz za strumieniem pomyliliśmy jednak (jak się później okazało) kierunki i nadgoniliśmy dobry kilometr lub dwa niepotrzebnego marszu przez łąki i pola. Ja się tylko w duchu modliłem żeby nie zaskoczyła nas na otwartym ternie kolejna burza z piorunami. Nie wiem czy za sprawą moich modlitw czy sprzyjających wiatrów ciężkie ołowiane chmury i deszcz nie zakłóciły nam jednak marszu. Byłem jednak wtedy pod wrażeniem determinacji towarzyszących dziewczyn, które zdjęły przemoczone buty i śmiało szły przeszło kilometr boso po łące i niedoszłym ściernisku. „To dopiero jest hardcore, a nie jakieś tam drabinki” jak skomentowała ten wyczyn Karina :). Dziewczyny wskoczyły w buty dopiero jak zaczęliśmy się przedzierać przez jakiś lasek i ścierniska.

16 17 18

Przemoczeni, zmęczeni i ucioprani w błocie dobrnęliśmy wreszcie do jakiejś polnej drogi, która zaprowadziła nas już do samych Hrabusic. Po dotarciu na kwaterę oczywiście obowiązkowo prysznic i próby jakiegoś, choćby prowizorycznego, doprowadzenia butów i garderoby do stanu używalności. Ja na szczęście wziołem zapobiegawczo zapasowe buty więc po powierzchownym umyciu obuwia wsadziłem je do reklamówki i wskoczyłem w suche adidasy. Wieczorem, gdy wszyscy powrócili już ze swoich szlaków urządziliśmy tradycyjnie małe grillowanie, które przy akompaniamencie samochodowych głośników i odrobinie alkoholu przeciągnęło się aż do późnych godzin wieczornych.

19 20

Niedziela oznaczała już powolny powrót do rzeczywistości, ale póki trwała należało ją jeszcze wykorzystać do maksimum. Zdecydowaliśmy zwiedzić najpierw znajdującą się nieopodal lodową jaskinię a następnie malownicze słowackie miasteczko Levoca, gdzie przez ponad godzinę okupowaliśmy całą grupą jedną z miejscowych restauracji. W restauracji miałem przy tym małą przygodę z bateriami. W przewieszonym przez ramię aparacie otworzyła sie jakimś cudem pokrywa baterii. Uwolnione akumulatorki ciurkiem wysypały się na podłogę i potoczyły każda w inną stronę. Trzy udało mi się szybko samemu zlokalizować ale czwartej szukałem długo zaglądając wszystkim pod krzesła. Dopiero sokole oko Agnieszki wypatrzyło gdzieś ostatnią zgubę. Po obfitym posiłku nadszedł najbardziej nielubiany czas pożegnań i mała roszada miejsc w samochodach. Ja również zmieniłem pojazd i przesiadłem się do samochodu Pawła. W drodze powrotnej uciekając przed korkami na zakopiance wlekliśmy się powoli bocznymi drogami w stronę Krakowa. Paweł odwiózł najpierw Sabinę a potem mnie pod sam dom i tak zakończyła się jedna z moich ciekawszych proaktywnych wycieczek.

Proactiva
Więcej zdjęć z wyprawy w galeriach Picasy:
http://picasaweb.google.com/bogdan.bl9/SOwackiRaj
http://picasaweb.google.com/fotostudioo/Slowacki_Raj
http://picasaweb.google.pl/pawoj20/20100730_Slowacki_Raj
http://picasaweb.google.pl/116505589290332819695/Slowacja
http://picasaweb.google.pl/101509478299853442767/SOwackiRaj
http://picasaweb.google.com/114975171509220998812/SOWACKIRAJ300701082010

Paweł Goc